17.04.2021 - Dzień 52

Katowice - witajcie ponownie! :) 

Udało mi się obudzić rano, to jest po 4:10. Właściwie nie wiem jak długo spałam w nocy. Trudno mi było zasnąć (położyłam się po północy), chyba z nerwów, poza tym, obudziłam się chyba jakoś po drugiej i znów zasnęłam. Ale kiedy wreszcie zadzwonił budzik, poczułam, że boli mnie brzuch, albo może wątroba. W każdym razie czułam się okropnie, było mi niedobrze i już zastanawiałam się, czy na pewno uda mi się pojechać. W końcu jednak wstałam, zaczęłam się szykować i wzięłam tabletkę hepatil. To mi pomogło, chociaż wciąż czułam się dziwnie i nie miałam ani trochę apetytu. 

Pociąg miałam o 5:31. Zrobiłam poranną toaletę i pielęgnację, wykonałam też delikatny, dzienny makijaż, który zaplanowałam sobie dzień wcześniej. Miał być jak najbardziej trwały, szybki do wykonania, łatwy do poprawienia i żeby jak najdłużej wyglądał dobrze i świeżo. Ubrałam się w ciuchy, które również przygotowałam wczoraj. Wyprostowałam grzywkę i nie użyłam lakieru, bo wiedziałam, że wtedy trudno byłoby mi poprawić włosy, jeśli coś by z nimi było nie tak. 

Zaplanowałam, że będę gotowa na 5:10 i tak też udało mi się wyrobić. Choć było trochę stresu przez ten ból brzucha i też kiedy tata przyszedł do mnie i mówił, żebym się pospieszyła, bo musimy dziesięć po wyjechać. Ostatecznie udało mi się zrobić wszystko co chciałam i wyrobiłam się na odpowiednią godzinę. 

Tata zawiózł mnie na dworzec, byliśmy jeszcze parę minut przed czasem. Wyszliśmy na peron (jedyny na tym dworcu) i czekaliśmy na pociąg. Byłam tam tylko z tatą, nikt więcej tego ranka tam nie czekał. Pogoda byłą paskudna. Bardzo wilgotne powietrze, mokro bo tak troszeczkę kropiło, zimno i ciemno. 

Gdy pociąg nadjechał, wsiadłam do niego. Byłam bardzo podekscytowana, ale i zestresowana. Zajęłam miejsce, rozsiadłam się i założyłam słuchawki na uszy. Miałam zamiar tak jak zawsze uwielbiałam posłuchać sobie muzyki podczas podróży. To był jeden z moich ulubionych, ukochanych momentów, także wcześniej, kiedy podróżowałam do innego miasta na studiach. Tym razem też sprawiło mi to ogromną przyjemność. Jedynie co, to przez pogodę nie wiedziałam do końca czego słuchać, ale coś wymyśliłam. 

Obawiałam się momentu sprawdzania biletów, bo jednak pierwszy raz zamawiałam go przez internet. Przejechaliśmy ponad połowę trasy, a tu jeszcze nie były one sprawdzane. Nie pamiętałam na jakim odcinku zwykle sprawdzali mi bilet, ale zaczęłam się denerwować, tym bardziej, że w pewnym momencie pojechaliśmy inną trasą niż ta, którą znałam (nawet mieliśmy w niektórych miejscach podejrzanie długie postoje, nie wiem czemu i co się tam działo). Wydawało mi się też, że w internecie przy kupnie biletu też widziałam inną trasę i bałam się, że może coś będzie nie tak przy sprawdzaniu biletu. Okazało się jednak, że nie miałam żadnych problemów, bo tym razem w ogóle mi go nie sprawdzono. Było to duże zaskoczenie, bo na palcach jednej ręki mogę policzyć momenty, kiedy tak stało się podczas moich podróży pociągiem. Nie wiem dlaczego tak się stało. Może po prostu było tak mało ludzi (bo faktycznie jechała ze mną tylko garstka pasażerów), że nie opłacało albo nie chciało im się tego robić. Dla mnie to lepiej, bo przynajmniej nie miałam problemów. 

Pierwszy raz w pociągu skorzystałam z dostępnych tam gniazdek i podładowałam sobie telefon. Wcześniej nigdy tego nie robiłam. W sumie to nie przypominam sobie żebym potrzebowała. Ale tym razem zależało mi na tym, żeby mieć jak najwyższy poziom baterii. Dlatego ich użyłam.

Dotarłam na stacje (ok. 7:50)  i weszłam do środka na dworzec. Wszystko wyglądało tak, jak zapamiętałam. Większość sklepów i piekarni też pozostałą na swoich miejscach. 

Przede mną były przynajmniej 3 godziny czekania. Pierwsze co zrobiłam, to skierowałam się do toalety. Była ona płatna (3zł), ale galeria o tej porze wciąż była zamknięta, dlatego nie miałam wyjścia. Sprawdziłam makijaż, ale wszystko z nim było ok. 

Następnie przeszłam się trochę po dworcu i uznałam, że dobrze będzie kupić bilety na autobus, żeby mieć je już przy sobie. Zjechałam więc na dół schodami ruchomymi (działały! a to nowość!) i zakupiłam je w automacie. Zapomniałam upewnić się o której będę miałam autobus, ale znałam prawdopodobną godzinę, bo sprawdzałam to wczoraj w internecie. 

Wróciłam na górę. Wyszłam na chwilkę na spacer na zewnątrz, przed dworzec. Przeszłam się kawałek ale było zimno i wilgotno (bałam się, że moje włosy będą wygalać tragicznie). Sporo lokali było pozamykanych, więc nie było na co popatrzeć. Stwierdziłam, że nie mam ochoty spacerować na siłę w takich warunkach, bo jeszcze się przeziębię, a to byłoby mi bardzo nie na rękę. Dlatego też szybko wróciłam na dworzec. Udało mi się chociaż zobaczyć tramwaj oraz sprawdzić, czy bar sushi, w którym pierwszy raz jadłam tę potrawę na randce wciąż istnieje. Istniał. 

Pomyślałam, że w sumie powinnam coś zjeść. Nie byłam jeszcze głodna, ale uznałam, że też nie mogę nie jeść nic przez cały dzień. Zwłaszcza, że na szkoleniu powinnam mieć trochę siły, żeby je przetrwać. No i kończyło się ono późno, a tam raczej ciężko byłoby mi dostać cokolwiek innego niż przekąski z automatu. Wymyśliłam więc, że kupię coś do jedzenia w piekarni. Poszłam do tej, w której kiedyś często zaopatrzałam się w drożdżówki na drogę. tym razem jednak potrzebne mi było coś, czym się najem, co wystarczy mi na dłuższy czas i będzie jak najbardziej delikatne dla żołądka, żebym nie dostała żadnych rewolucji. Poprzyglądałam się chwilkę temu, co tam było i wreszcie wybrałam sporą kanapkę z serem, szynką, sałatą i papryką. Pani ekspedientka zaproponowała mi też napój (kawę lub herbatę), bo mieli jakąś tam promocję. Skorzystałam, bo czułam, że z chęcią napiłabym się czegoś ciepłego. Zapłaciłam, a pani kazała mi wybrać sobie smak herbaty z wielu tam dostępny. Oczywiście, kiedy pokazała mi zieloną z ananasem nie musiałam się dłużej zastanawiać. 

To był świetny wybór. Kanapka była pyszna, herbata smakowała mi jeszcze bardziej. Po tym posiłku czułam się bardzo dobrze. Poza tym, długo zajęła mi jego konsumpcja. Dziwnie czułam się musząc odsłaniać maseczkę, by ugryźć kawałek, a potem zasłaniałam się, bo nie chciałam żeby ludzie gapili się na to jak przeżuwam. Miałam wrażenie, że robię coś złego zdejmując maseczkę w miejscu publicznym. No ale jakoś musiałam zjeść. Po tym jak skończyłam była już 9:00, co mnie bardzo ucieszyło. Oznaczało mi, że zostało mi jeszcze tylko jakieś 2 godziny czekania. 

Nie wspomniałam wcześniej, ale miałam szczęście znaleźć miejsce do siedzenia na ławeczko-krzesłach. Nazywam to tak, bo były to jakby ławeczki składające się z trzech siedzisk z oparciami, w których z powodu pandemii odkręcono to środkowe i pozostały dwa zewnętrzne. W każdym razie to świetnie, że miałam gdzie usiąść i poczekać. Nie sądzę, by udało mi się przetrwać tyle czasu stojąc. 

Musiałam jakąś zająć sobie czas. Trochę pogapiłam się na ludzi. W sumie nie trochę, bo to było głównie to, co tam robiłam. Sporo z nich było ubranych dosyć wiosennie i zastanawiałam się jakim cudem nie było im zimno, bo mnie było, chociaż założyłam strój, w jaki ubierałam się zimą przy mrozach. Miałam przy sobie książkę, więc kiedy już miałam dosyć obserwowania ludzi, zaczęłam czytać. Przeczytałam jakieś 50 stron i uznałam, że książka podoba mi się. Nie miałam jednak ochoty czytać dalej. Poczekałam jeszcze trochę i przeszłam się do galerii, która jest połączona z dworcem. Pochodziłam tam trochę, a moim głównym celem było znalezienie toalety. Przysporzyło mi to odrobinę zachodu, bo większość lokali tam była zamknięta, ale co gorsze, niektóre schody ruchome też. Mimo tego wreszcie udało mi się je znaleźć i skorzystać. Po tym, jak stamtąd wyszłam, ruszyłam na autobus. Wkrótce nadjechał, nie musiałam na niego długo czekać. Jedyny minus, że z konieczności usiadłam na miejscu, gdzie siedziałam tyłem do kierunku jazdy, za czym nie przepadam, bo zdarza się, że mnie od tego boli głowa. 

Jadąc autobusem po trasie, którą kiedyś tak często pokonywałam i którą wciąż w miarę dobrze pamiętałam, czułam się jak we śnie. Byłam bardzo podekscytowana tym, że mogłam ponownie tu przyjechać. Porównywałam sobie to co widzę, z tym, co zapamiętałam. Sprawdzałam, czy miejsca, które najbardziej utkwiły mi w pamięci bardzo się zmieniły. Przypomniałam sobie, gdzie znajdowały się mieszkania, które wynajmowałam i po których ulicach najczęściej chodziłam. Było mi miło, kiedy stwierdziłam, że wcale nie pozmieniało się tam tak bardzo.

Dotarłam na swój przystanek, więc wysiadłam. Mniej więcej wiedziałam się, gdzie mieściło się Centrum Symulacji, ale nigdy nie miałam ta zajęć. Ruszyłam we właściwym kierunku i szłam powoli, by się tam dostać. Gdyby pogoda była ładniejsza z chęcią pospacerowałabym po kampusie i okolicy, ale jak już pisałam, było zimno i wilgotno, do tego trochę kropiło. 

Ktoś zatrzymał się i z samochodu zapytał gdzie znajduje się miejsce, do którego szłam. Ale pytając podał adres i nie od razu sobie to skojarzyłam. Machnęłam ręką mniej więcej tam, gdzie powinno się t znajdować, a on odjechał. Pojechał nie do końca tam, gdzie trzeba i gdzie wskazywałam, ale widziałam, że zapytał kolejnej osoby, która już pokazała mu budynek. Poza tym, przed nim znajdował się wielki znak z nazwą, więc powinien zauważyć. 

Przed budynkiem stała pani, która rozmawiała przez telefon. Kiedy zbliżyłam się tam, a za mną jeszcze jakieś dwie kobiety, zapytała czy my na szkolenie. Potwierdziłam, więc kazała nam wejść do środka i powiedziała, że ktoś nam tam wskaże drogę.

Pierwszy raz byłam wewnątrz, więc nie wiedziałam czego się spodziewać. Przy wejściu była szatnia, ale pani tam powiedziała, że możemy zabrać kurtki ze sobą jeśli chcemy. Ja chciałam. Dalej stała pani z listami i kazała nam mówić swoje nazwiska oraz podpisać się na liście. Potem powiedziała do której sali mamy pójść i jak się tam dostać. Nie było trudno ją znaleźć, poza tym szłam za tymi dwoma kobietami. W środku na początki nie było nikogo, jedynie fantomy do ćwiczeń i przygotowane dla nad stanowiska. Położyłyśmy swoje rzeczy na krzesłach i wtedy przyszli jacyś mężczyźni. Okazało się, że to prowadzący i znów kazali nam wpisać się na listach. Zrobiłam to i usiadłam na krześle. Powoli przychodziło coraz więcej osób i wpisywali się na te same listy. Ostatecznie było nas 10. 

Młody prowadzący rozpoczął szkolenie. Najpierw rozmawialiśmy o pierwszej pomocy i o stanach zagrożenie życia, jakie mogą się przytrafić podczas szczepień. Ja się nie odzywałam, wciąż stresowałam się i nie chciałam powiedzieć czegoś głupiego. Później przeszliśmy do praktyki. Najpierw prowadzący zaprezentował nam na fantomie jak poprawnie wykonywać resuscytacje + pokazał nową wersję Covidową z maseczką. Później my mieliśmy podzielić się i poćwiczyć. Ze mną ćwiczył jakiś mężczyzna. Polubiłam go, bo sporo mówił i był miły, dlatego też jakoś przyjemnie się z nim współpracowało i mogłam się do niego odzywać. Przećwiczyliśmy wszystko, co wcześniej pokazał nam prowadzący: uciski, odchylanie głowy, zakładanie worka ambu i pompowanie nim powietrza. Mogliśmy też zadawać pytania a on odpowiadał. 

Po tym nastąpiła druga część, w której prowadzący zaprezentował nam przygotowanie do iniekcji, jak i samo wstrzyknięcie domięśniowe czyli to, czego głównie dotyczyło to szkolenie o szczepieniu. Zestresowałam się i zaczęłam się martwić, czy nie zemdleję, ale okazało się, że iniekcję będziemy ćwiczyć jedynie na fantomie, dlatego się uspokoiłam. Po jego pokazie, mogliśmy zacząć ćwiczyć. Od razu zasiadłam do stanowiska i spróbowałam. Muszę przyznać, że początkowo nie szło mi za dobrze. Zakładanie igły było ok, za to pobieranie preparatu poszło mi słabo. Szczególnie dlatego, że trudno mi było go nabrać bez pęcherzyków powietrza. Z tego wszystkiego nie pamiętałam też co miałam robić po kolei i robiłam to chaotycznie. Za drugim razem jednak poszło mi już lepiej. Samo wstrzyknięcie i znalezienie odpowiedniego miejsca na nie nie stanowiło dla mnie problemu, przynajmniej miałam takie przeświadczenie. Dlatego też myślę, że mogłabym to robić i po paru razach już nie miałabym z tym kłopotów. Czułam się pozytywnie podbudowana tym wszystkim, poza tym poczułam, że naprawdę byłabym w stanie wykonać taką szczepionkę.

Prowadzący kazał nam jeszcze usiąść, bo o czymś zapomniał. Opowiedział nam jeszcze o używaniu przenośnego defibrylatora i zaprezentował jego działanie na fantomie. Potem mogliśmy sami spróbować i zadawać pytania. Jednak powiedział, też, że to już koniec i jeśli ktoś chce, to może iść. Certyfikatów nie było, mają je nam przysłać za jakiś czas.

Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Skończyliśmy wcześniej, bo było po 14:00, co oznaczało, że najprawdopodobniej miałam szansę zdążyć na wcześniejszy pociąg. Zdziwiło mnie to, bo nie spodziewałam się, że skończymy tak wcześniej. Przewidywałam, że może z godzinę przed czasem, ale nie dwie. Mimo tego nie narzekałam. 

Wyszłam stamtąd i było mi trochę przykro, że nie mam czasu na to, żeby tam pospacerować i powspominać sobie dawnych czasów. Pogoda też była do tego słaba (co będę nadal podkreślać wielokrotnie, bo mnie to wkurzyło). Poszłam prosto na przystanek i sprawdziłam, ile czasu mam do przyjazdu autobusu. Musiałam poczekać, ale nie długo, bo jakieś 6 minut. Fajnie też, że miałam przy sobie od razu bilet i nie musiałam się tym martwić. 

Podczas jazdy autobusem na dworzec robiłam to co poprzednio, czyli wspominałam. Miałam lepsze miejsce i więcej widziałam niż poprzednio, więc było to przyjemniejsze. Zastanawiałam się też nad kolejnymi krokami i zdecydowałam, że kiedy dotrę na miejsce, od razu kupię bilet. 

Tak też zrobiłam. Po przyjeździe na miejsce, od razu skierowałam się do kas. Nie było kolejki, więc mogłam swobodnie kupić bilet. W okienku była trochę niemiła pani, ale udało mi się dostać to, co chciałam. Schowałam bilet i próbowałam się dodzwonić do chłopaka, z którym wcześniej umówiłam się, że odbierze mnie z dworca. Ale to było, kiedy miałam wracać 4 godziny później. Teraz jednak nie wiedziałam, czy da radę. Dzwoniłam parę razy, wylałam mu wiadomość na Messengerze, ale wciąż włączała się poczta głosowa, dlatego na razie odpuściłam.

Miałam około godziny do przyjazdu pociągu. Wiedziałam, że w tym czasie muszę:
- po pierwsze, skorzystać z toalety
- po drugie, zjeść coś, bo potwornie zgłodniałam

Tym razem już szybko odnalazłam toaletę i załatwiłam swoje sprawy. Idąc przez galerię wreszcie udało mi się dodzwonić do chłopaka i umówiłam się, by odebrał mnie z dworca o innej godzinie. Przy okazji wymyśliłam, co najchętniej bym zjadała, dlatego tym razem droga zaprowadziła mnie prosto do Mcdonalda. Zamówienia dokonałam przy panelu dotykowym. Zajęło mi to trochę, bo poprzeglądałam sobie wszystkie zakładki i porównywałam oferty. Wreszcie wybrałam to, na co miałam największą ochotę: frytki i bigmaca. Zamówiłam i niedługo po tym miałam swoje zamówienie. Wtedy też poszłam poszukać jakiegoś miejsca, w którym mogłabym usiąść spokojnie. Moje poprzednie było zajęte, ale udało mi się znaleźć jakieś kawałek dalej. Rozsiadłam się więc i dosłownie pochłonęłam frytki i bigmaca. Po prostu pożarłam je, taka byłam głodna. 

Kiedy już zaspokoiłam swój głód, pomyślałam, że może to nie był najlepszy pomysł, żeby jeść taki fastfood, kiedy rano bolał mnie brzuch, a miałam jeszcze spory kawałek do przejechania. Mimo obaw czułam się jednak dobrze. Wpadłam też na pomysł, żeby kupić sobie kawę ze Starbucksa, bo u mnie nie ma tej kawiarni, ale po przejrzeniu oferty początkowo na żadną z kaw nie miałam ochoty. Pokrążyłam po dworcu i zobaczyłam, co inne kawiarnie mają do zaoferowania, ale nie zadowoliło mnie to. Wróciłam więc do Starbucksa i może i bym tym razem cos zamówiła, ale zorientowałam, się, że już późno i powinnam już wyjść na peron, bo mogę nie zdążyć. Bałam się, że przegapię pociąg, dlatego odpuściłam.

Nie czekałam długo a pociąg przyjechał. Tym razem był to intercity, którymi w przeszłości nie lubiłam jeździć, bo miały przedziały i były niewygodne. Nie zapowiadało się wygodnie, bo na bilecie miałam zaznaczone miejsce w środku, a to nigdy nie należało do moich ulubionych miejscówek. Okazało się jednak, że mój wagon (i chyba cały pociąg z tego co widziałam), nie miał  przeciągu. Wszystko wyglądało tak, jak w tym regio, którym jechałam rano, tylko miejsca były ponumerowane. W sumie ucieszyłam się, jedyny problem był taki, że wciąż miałam miejsce od strony korytarza, a wolałabym jechać od strony okna, żeby móc przez nie wyglądać. 

Tym razem bardzo szybko sprawdzono mi bilet. I dobrze, miałam już to z głowy. Szybko zorientowałam się też, że skoro na miejscu od okna nikt nie siedzi, to mogę je tymczasowo zająć. Tak też zrobiłam. W planach miałam zwolnienie go, gdyby okazało się, że w końcu przyjdzie ktoś, kto ma je zarezerwowane. W końcu przestałam się jednak tym przejmować, bo w wagonie była garstka ludzi, więc czułam, że to mało prawdopodobne, żeby ktoś usiadł obok mnie. Dlatego też do końca mojej podróży jechałam sobie przy oknie i oczywiście z przyjemnością słuchałam muzyki. 

Jakaś dziewczyna jechała razem z psem. Był on baardzo uroczy. Słodko wyglądało to, jak rozsiadł się na środku przejścia. Aż zrobiłam zdjęcie. 

Z dworca odebrał mnie chłopak. Chociaż gdy przyjechałam, nie było go jeszcze i musiała poczekać parę minut. Ale to nic, już mi było wszystko jedno. Czułam się zmęczoną. Gdy przyjechał, zadzwonił, a ja wyszłam na zewnątrz i wpakowałam się do samochodu. 

Nie pojechaliśmy prosto do domu, wstąpiliśmy jeszcze do Biedronki. Miałam protestować, ale uznałam, że lepiej jak chłopak wybierze sobie coś do zjedzenia na kolację. W sumie zakupy poszły nam szybko.

W domu czułam się już zmęczona. Chłopak zjadł kolację, a ja wypiłam herbatę, bo nie miałam na nic ochoty. O dziwo, czułam się bardzo dobrze, brzuch mnie już nie bolał. 

Wypakowałam się. Posiedzieliśmy jeszcze trochę, a raczej poleżeliśmy. Porozmawialiśmy. Było bardzo milutko. Rozmawialiśmy o tym, że kiedyś, kiedy pandemia się skończy i wszystko będzie otwarte, moglibyśmy razem wybrać się na wycieczkę do Katowic. Nie powiem, marzy mi się to.
Poszłam się umyć wcześniej, a przed snem kochaliśmy się jeszcze, co też było miłe.

To był szczęśliwy dzień, choć przyniósł też trochę stresu. Na koniec czułam się bardzo dobrze: radosna i usatysfakcjonowana. Cieszyłam się, że odbyłam te szkolenie i wszystko poszło po mojej myśli. Że tak dobrze zaplanowałam całą podróż i dzięki temu miałam wszystko pod kontrolą, a czekanie nie było bardzo uciążliwe. Strasznie miło było powrócić znów do miasta, w którym spędziłam tyle czasu, bo w końcu 3 lata życia i z którym mam tak dużo wspomnień. I tych dobrych, i złych. Podczas tej podróży uświadomiłam sobie, że w sumie miałam tam dużo przygód, sporo się wydarzyło. Ogólnie rzecz biorąc, to był dobry okres w moim życiu i teraz wspominam go naprawdę ciepło. Nawet chciałabym wrócić do tych czasów. Jestem naprawdę wdzięczna, że mogłam tam spędzić ten czas wtedy, jak i teraz.
Cieszę się, że mam te wszystkie wspomnienia. Ich już mi nikt nie odbierze :) Fajnie, że kiedyś odważyłam się na ten krok. Muszę pamiętać o tym, że czasem potrafię sama siebie zaskoczyć :) 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

26.05.2021 - Dzień 91

01.06.2021 - Dzień 97

24.05.2021 - Dzień 89