29.04.2021 - Dzień 64
Czwartek... spokojny i całkiem ok
Miałam dziś lepszy humor niż ostatnio. Nie umyłam włosów wczoraj, bo nie było ciepłej wody, dlatego po tym jak wstałam, napaliłam w piec, żeby ją nagrzać. Także po śniadaniu umyłam włosy, a później, po tym jak obejrzałam trochę filmików na YT, uprałam też ręcznie kilka sukienek, z którychś może wybiorę tę, w której pójdę na ślub.
Nie gotowałam nic dzisiaj, ale rodzice kupili 3 mrożone pizze, więc było co jeść. Ogólnie bardzo je lubię, dlatego nie narzekałam.
Obejrzałam film "Truposze nie umierają". Miał to by horror + komedia, ale w sumie nie nastawiałam się na nic konkretnego. Nie ukrywam, że chciałam go zobaczyć głównie dlatego, że gra w nim Selena Gomez. Okazało się niestety, że jedynie epizodyczną postać, ale fajnie było zobaczyć ją na ekranie. Sam film był nieco dziwny. Nie czułam w nim za wiele ani z komedii (jedynie kilka zabawnych sytuacji), ani z horroru, oprócz tego, że były tam zombie. Ale mimo wszystko przyjemnie mi się go oglądało. Kiedy po jakichś dwudziestu minutach przyzwyczaiłam się do tego dziwnego klimatu, wcale nie myślałam o tym aby go wyłączyć. Może właśnie to, że był nietypowy sprawiło, że miałam ochotę zobaczyć go do końca. Ostatecznie nie żałuję, choć nie uważam też, żeby to było arcydzieło. Ot, takie coś innego, niż to, co oglądam zwykle.
Odebrałam paczkę z paczkomatu. Zamówiłam nowy tusz do rzęs, krem dla mojego chłopaka, tusz dla mamy, sztuczne rzęsy i klej do nich. Tusz zapowiada się nieźle, choć na razie nie otwierałam go, żeby nie wyschnął za szybko. Za to ma piękne złote opakowanie. Sztuczne rzęsy też wyglądają nieźle, ciekawa jestem, czy dam radę je założyć. Co do kleju to próbowałam zrobić próbę uczuleniową, ale to klej, więc się klei... więc niewiele z tego wyszło, bo zaraz go starłam, bo zaczął mnie denerwować.
Dodałam dwie ostatnio przeczytane książki do listy. Mam tu na myśli te z serii "Pan" Sandry Ragnier. Muszę przyznać, że całą seria podobała mi się, szczególnie dwa pierwsze tomy. Niestety ostatnia część nieco mnie zawiodła. Nie podobały mi się niektóre rozwiązania wykorzystane przez autorkę oraz to, że słabo zakończyła niektóre wątki - jak choćby ten z jej najlepszą przyjaciółką Phyllis. Na końcu jest o niej zaledwie wspomniane, a przecież to była ważna postać. Nie przypadło mi również do gustu to, jak została potraktowana Felicuty, główna bohaterka. Przez całą trylogię podkreślane było, że jest wybranką. Ale to by było na tyle, bo elfy, które niby ma uratować, traktują ją jak śmiecia. Później dowiadujemy się o tym, że są również smoki, którym, jeśli dobrze pójdzie, ma ona pomóc przetrwać. One z kolei traktują ją jeszcze gorzej, bo nie dość, że ją porywają, to są one dla niej niezwykle niedelikatne i chyba równie nieprzyjemne co elfy. Także ogólnie rzecz biorąc, jest wybranką, ale obie rasy pomiatają nią (dlatego dziwi mnie, że którakolwiek z ras spodziewała się, że to akurat po ich stronie stanie). Poza tym Felicity poza nagłym odnalezieniem insygniów przy pomocy wizji i spaleniu ich, praktycznie nic nie robi (no, może oprócz ciągłych romansów i myśleniu o facetach). No, może pod koniec wyjawiła prawdę o tym, co przeskrobał Oberon i co niemiłego planuje, ale to by było na tyle. Na dobrą sprawę, gdyby jej nie było, żadna ze stron nie posiadałaby insygniów (nie pamiętam, czy Oberon nie miał jednego?) i wynik wojny ostatecznie byłby taki sam.
Za każdym razem ktoś musi ją ratować, pomagać jej, wyciągać z kłopotów, bo nie potrafi sobie poradzić sama. Miota się z jednego miejsca na drugie, nie bardzo potrafiąc się gdziekolwiek odnaleźć.
Ok, wylałam trochę żalu i mi lepiej. Mimo tego dobrze mi się te książki czytało, wciągnęłam się w historię, bardzo chciałam przekonać się, jak się zakończy. Ale dwie pierwsze części były zdecydowanie lepsze.
Wczoraj w końcu nie zrobiłam sobie maseczki, ale mam zamiar zastosować ją dzisiaj, jak tylko będzie ciepła woda i będę mogła się umyć. Potem poczytam sobie, bo nawet mam wenę.
Komentarze
Prześlij komentarz