01.05.2021 - Dzień 66

Dzień wesela

Wstałam wcześniej, żeby zdążyć wszystko zrobić przed wyjściem i nie musieć się z niczym spieszyć. Zjadłam śniadanie, obejrzałam coś na yt, a potem umyłam włosy i już ruszyła cała machina przygotowań.

Udało mi się zdążyć ze wszystkim. Zrobiłam sobie piękny makijaż, taki, jak sobie zaplanowałam (brąz + błysk z mojej ulubionej paletki Kwitnąca Wiśnia). Poza tym, przykleiłam sobie sztuczne rzęsy. Nie było łatwo, nie wiedziałam, czy dobrze to robię, ale udało mi się. Efekt był świetny, nie za bardzo sztuczny, taki bardziej naturalny, jakbym miała dłuższe i gęstsze rzęsy, ale jednocześnie widać było sporą różnicę. Ostatecznie utrzymały się do końca, choć delikatnie mi się odklejały w kąciku, ale myślę, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie umawiałam się do fryzjera, sama ułożyłam sobie włosy. Pokręciłam je na lokówce, a każdy lok spryskałam obficie lakierem, żeby się trzymał. Potem je roztrzepałam, żeby były delikatniejsze, a grzywkę ułożyłam prostownicą. Całość bardzo mi się spodobała. 

Wybrałam czarną sukienkę w czerwone kwiaty. Pogoda była okropna, było zimno, więc to ją chciałam najbardziej założyć. Uważam, że to był świetny wybór. Założyłam też botki na obcasie, które po mszy zmieniłam na buty na szpilkach (jeszcze ze studniówki, ale wciąż są śliczne i bardzo mi się podobają). Nie zakładałam żadnego naszyjnika, natomiast włożyłam długie kolczyki z kryształkami i delikatną złotą bransoletkę. 

O dziwo, podczas przygotowywania się, nie czułam żadnej presji, jak mam zazwyczaj. Czułam się normalnie i nawet jak już poszliśmy do domu panny młodej, nie stresowałam się. W kościele też nie. Nawet na sali nie czułam jakiegoś dużego stresu. Ciekawe dlaczego. Może po ostatnich lękach mój organizm miał już dość i było mu to obojętne. 

Jak już wspomniałam, gdy wszyscy byli gotowi ja i mój chłopak, razem z moimi rodzicami, poszliśmy do domu panny młodej, czyli mojej siostry ciotecznej, skąd miał odjeżdżać bus. W środku odbywało się błogosławieństwo i całe to wyprowadzenie, ale my nie wchodziliśmy do domu, czekaliśmy na zewnątrz, gdzie stał zespół i coś tam pogrywał. 

Powoli zbierało się coraz więcej gości. Wreszcie para młoda wyszła z domu. Moja siostra cioteczna wyglądała pięknie, aż się wzruszyłam patrząc na nią. Naprawdę, przez chwilę miałam łzy w oczach. No, ale para młoda wsiadła do auta, a reszta w końcu zapakowała się do busa. Wtedy też pojechaliśmy pod kościół.

Było nieco dziwnie, bo na większości ślubów zazwyczaj kościół jest pełen. Tym razem sporo ławek było pustych, widać było, że osób nie ma za wiele. Oczywiście, wszystko przed pandemię i obostrzenia, bo ślub ten był już dwa razy przekładany,

Msza minęła spokojnie. Dobrze, że mój chłopak wziął jakieś drobne na ofiarę, bo ja o tym zapomniałam. Byłoby jednak głupio tak nic nie wrzucić, kiedy ksiądz chodził z koszyczkiem, bo jak już pisałam, nie było wielu ludzi i wszystko rzucało się w oczy. Sama msza była w porządku, jakaś dziewczyna grała na skrzypcach kilak utworów. Podczas zakładania obrączek pannie młodej pomyliły się ręce, ale to była jedyna wpadka podczas ślubu. Ogólnie minęło dosyć szybko. 

Wyszliśmy z kościoła, a fotograf kazał ustawić się na schodach na grupowe zdjęcie. Tak też zrobiliśmy. Potem para młoda odbierała gratulacje na zewnątrz. Nie spodobało mi się to, bo było zimno i marzłam, ale miało to swój powód. Okazało się, że nie wszyscy którzy byli na ślubie są zaproszeni na wesele, więc tak już musiało być. Nie miałam prezentu jedynie kartkę z życzeniami z kopertą (włożyliśmy tam z chłopakiem 400zł). Ustawiliśmy się w kolejce, a potem złożyliśmy gratulacje. Kopertę wrzuciłam do skrzynki, którą trzymała starsza. Następnie chwilę jeszcze postaliśmy z rodzicami i bratem z rodzinką, bo również przyjechali. Przekonałam jednak chłopaka, żebyśmy wsiedli już do busa, bo było mi zimno. Tak też zrobiliśmy.

Gdy gratulacje się skończyły i para młoda znów wsiadała do ich auta, bus z gośćmi, którym jechaliśmy, ruszył za nimi. Wywiązała się zabawna sytuacja, bo pan kierowca pomylił sobie sale i zawiózł nas na początku nie na tą, co trzeba. Szybko jednak inni goście zorientowali się co się dzieje i poprowadzili go na właściwą salę. Znajdowała się ona bardzo blisko, więc już po chwili byliśmy na miejscu. 

Wyszliśmy z busa i stanęliśmy przed wejściem na salę, czekając na samochód z młodą parą. Nigdy wcześniej tam nie byłam i nie wiedziałam czego się spodziewać. Dwie osoby trzymały tuby, które wystrzelili, kiedy młodzi przyjechali. Posypało się z nich konfetti w kształcie białych motylków. Para młoda została powitana tradycyjnie chlebem i solą (chyba, bo nie widziałam zza ludzi, czy była tam sól). W każdym razie wypili po kieliszku wódki (przynajmniej tak to wyglądało, bo penie mieli tam wodę) i rozbili kieliszki.

Weszliśmy na salę. Bardzo ucieszyło mnie to, że miejsca przy stole były podpisane. Jejciu, uwielbiam to i jeśli kiedyś ja będę miała taką imprezę, to też będą podpisane. Chociaż może na początku nie byłam zachwycona tym, gdzie nas usadzono, to później okazało się, że było to całkiem fajne miejsce i byłam z tego nawet zadowolona. 

Wiadomo, początkowo dostaliśmy szampana i wznieśliśmy toast. Przy okazji wszyscy odśpiewali Sto lat. Później już przyniesiono rosół i można było zacząć jeść. Ucieszyłam się, bo byłam już strasznie głodna. Nie dałam się też namówić na kieliszek przed drugim daniem, które też zjadłam. Później już zaczęłam trochę pić. Ale muszę przyznać, że jedzenie nie było zbyt smaczne. Rosół był w porządku, drugie danie też znośne, ale strogonow wyszedł strasznie rzadki i bez smaku. Za to pierogi były przepyszne, aż żałowałam, że nie zjadłam ich więcej. 

Siedzieliśmy przy stole, rozmawialiśmy, piliśmy, jedliśmy. Po jakimś czasie zaproszono nas na zewnątrz na zdjęcia, więc poszłam z chłopakiem i ustawiliśmy się w kolejce. Zrobiło się odrobinę cieplej niż wcześniej, ale może była to też kwestia tego, że zjedliśmy i zdążyliśmy wypić już teoche wódki. Kiedy zdjęcie zostało zrobione, postaliśmy jeszcze chwilę na zewnątrz i porozmawialiśmy ze starszą, która też jest moją siostrą cioteczną. Miała we włosach fajną ozdobę, bardzo mi się ona podobała. Okazało się, że to fascynator. Już kiedyś poznałam te nazwę, ale wtedy nie pamiętałam o niej. W każdym razie fajnie w tym wyglądała. 

Wróciliśmy na sale i wesele toczyło się dalej. Siedząc przy stole zorientowałam się, że mam coś brudnego na swojej dłoni, na jej grzbietowej powierzchni. Próbowałam to zetrzeć, ale nie chciało zejść, więc tarłam dalej. Wreszcie poszłam do łazienki i udało mi się to zmyć. Okazało się, że były to resztki kleju do rzęs, których nie zmyłam i które się zabrudziły. Co gorsze, próbując go wcześniej zetrzeć, zeszło mi trochę skóry i zaczęła mnie ona piec. Nie jakoś bardzo, ale nie było to przyjemne. 

Nie pamiętam o której godzinie, chyba jakoś koło 22:00 przygaszono światła i wniesiono tort. Wyglądał bardzo ładnie, w kształcie serca. Odśpiewaliśmy jeszcze raz sto lat. Miałam nie jeść tortu, bo bałam się, że w połączeniu z wódką to nie jest dobry pomysł, ale skusiłam się. Był bardzo słodki, ale pyszny, o smaku truskawkowym. 

Trochę porozmawiałam z bratem, z bratową. Przez chwilkę zajęłam się też moim chrześniakiem. Okazało się, że już powoli chodzi sobie, czego nie wiedziałam i zaskoczyło mnie to. Ale to dobrze, bo zrobił się już ciężki i nie łatwo go długo nosić. Dobrze widzieć, jak rośnie. 

W pewnym momencie zaproszono nas na zewnątrz, pod namiot, który znajdował się przed wejściem, na pierwszy taniec. Ustawiliśmy się w kółku, w środku znajdowała się para młoda. Ktoś puścił muzykę z laptopa i młodzi zatańczyli swój pierwszy taniec, a fotograf robił zdjęcia. Taniec zakończył się nieco niefortunnie, bo para młoda przewróciła się na ziemię. Dobrze, że nic się im nie stało. Pomyślałam sobie, że swój pierwszy upadek mają za sobą, ale współczułam im. 

Kiedy trochę osób się ulotniło, wyniesiono kilka stołów i zrobiono w środku miejsce do tańca. Nie od razu, ale z chłopakiem skorzystaliśmy z tego. Niestety nie miałam za dobrych butów i po jakimś czasie już nie dałam rady. Musieliśmy wrócić do stołu, bo stopy za bardzo mnie bolały i nie mogłam już nawet chodzić w tych butach. Szkoda, bo nawet miałam ochotę na taniec. Ale mimo wszystko fajnie, że mogliśmy potańczyć chociaż troszkę. 

Coraz więcej ludzi kończyło już imprezę i wracało do domów. Miała ona trwać do 2:00 w nocy i w sumie gdyby nie niemiła sytuacja z rodzicami, to z chęcią bym sobie tam jeszcze posiedziała. No, ale w pewnym momencie zauważyliśmy z chłopakiem, że moi rodzice są już nieźle pijani. Tata dziwnie się zachowywał, chodził, podrygiwał, wygłupiał się, widać było, że wypił za dużo. Mama znowu wpadła w jakiś depresyjny nastrój i choć na co dzień nie pali, wzięła papierosa i postanowiła, że musi zapalić. Wyszłam za nią na zewnątrz, bo zaczęłam się o nią martwić. Wtedy też zaczęła mi się żalić. Wiedziałam już, że trzeba wracać do domu, bo nie wiadomo co to dalej będzie. Bałam się, że zaczną robić coś głupiego i będzie problem. Martwiłam się, że może zaczną wymiotować i dopiero będzie ciężko. Źle czułam się z tym, że to ja muszę tak opiekować się własnymi rodzicami. Było mi głupio. 

Dlatego też koło 1:00 zebraliśmy się, pożegnaliśmy z młodą parą i gośćmi, i ktoś z rodziny odwiózł nas do domu. Na pożegnanie dostaliśmy pudełeczko z ciastem i mini szampany ze słomkami. 

W domu umyliśmy się, na szczęście było trochę ciepłej wody i poszliśmy spać. Muszę przyznać, że nie mogłam na początku zasnąć, bo martwiłam się o rodziców i ogólnie byłam taka rozemocjonowana całym dniem. Ale w końcu zasnęłam. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

26.05.2021 - Dzień 91

01.06.2021 - Dzień 97

24.05.2021 - Dzień 89