30.09.2021 - Dzień 218

Czwartek - wkurw i joga

Nawet nie wybierałam się dziś na wcześniejszego busa. Nie chciało mi się wstawać i wstałam późno. Zdążyłam za to zrobić piękny makijaż cieniem z mojej ulubionej paletki "Kwitnąca wiśnia". Byłam więc zadowolona.

Późno dotarłam do biura. Bus jechał powoli, w dodatku padało. Było też trochę ludzi, choć nie tyle co kiedyś, kiedy to stali prawie że na kierowcy. W każdym razie wpisałam się tuż przed godziną 8:00. 

Czułam się kiepsko. Byłam zestresowana, było mi niedobrze, nie miałam apetytu. Czułam się spięta, zła i jakaś taka zaniepokojona. Miałam też irracjonalne poczucie winy, bo kiedy wszystko sobie poukładałam, zrozumiałam, że wiele z rzeczy, które zarzucała mi szefowa wczoraj, nie były moją winą ani błędem. 

Robiłam swoje. Sporo dzwoniłam do ludzi. Z jednej strony chciałam zrobić wszystkie rzeczy, żeby szefowa już się mnie nie czepiała. Z drugiej dobrze było coś robić, bo to poprawiało mi nastrój, dawało pewne poczucie stabilności i pozwalało mniej myśleć. 

W każdym razie aż do południa szefowa się nie odzywała. W międzyczasie przyszedł klient z wczoraj, ten furiat i szaleniec. O dziwo, zachowywał się dziś w sumie dobrze. Nie gadał bzdur i się nie nakręcał. 

Poszłyśmy na obiad po dwunastej, później niż zwykle, bez M. bo nie chciała. Musiałyśmy zjeść w sali obok, bo tam gdzie zwykle jemy obiad jadła jakaś dziecięca wycieczka. Podczas jedzenia rozmawiałyśmy oczywiście o szefowej oraz o naszej przyszłości w tej firmie. Muszę przyznać, że jeśli jeszcze kilka dni temu byłam skłonna pójść na wiele ustępstw, bo całkiem dobrze się czułam i dobrze mi się pracowało, tak po wczorajszej rozmowie telefonicznej z szefową mam coraz bardziej wyjebane. 
Dziewczyny zastanawiały się, jaką strategię podjąć, jak rozmawiać z szefową by osiągnąć to, czego chcą, o jakie warunki będą chciały walczyć. Ja potakiwałam, ale nie do końca wiedziałam sama czego ja chcę. Zastanawiałam się jednak co zrobić w sytuacji, kiedy będę się musiała jednoznacznie określić. 

Bardzo je lubię i chyba opowiem się po ich stronie. Będę solidarna. I tak nie widzę sensu w pozostawaniu w tej firmie na dłużej. Nikt mnie tam nie doceni i co bym nie zrobiła, zawsze będzie ostatecznie niewystarczająco, a ja ostatecznie będę tą złą. 

Podczas naszego obiadu i posiedzenia, odezwała się wreszcie szefowa. Zadzwoniła do G., bo tylko ona wzięła telefon służbowy. Nie wiem co mówiła, ale G. powiedziała, że mówiła coś o tym, że zmieniłyśmy godzinę pójścia na obiad i żeby zadzwonić do niej kiedy wrócimy. Akurat zjadłyśmy, więc i tak zebrałyśmy się i wróciłyśmy do biura. 

Po powrocie zadzwoniłam do szefowej jako pierwsza. Odnosiła się do mnie takim surowym, oschłym tonem, takim bez cienia sympatii. Byłam już wkurzona, więc również mówiłam do niej stanowczo i ozięble. Ale nie niemiło, po prostu odpowiadałam na to, co miała mi do powiedzenia. Znów zaczęła gadać głupoty i ciężko się z nią rozmawiało. Naprawdę, ciężko się z nią dogadać. Znów pieprzyła o tym, żeby przygotować wszystkie dokumenty dla firm, nie zdając sobie sprawy z tego, jak to wygląda. Znów kazała mi robić jakieś tabelki, ale sama nie potrafiła dokładnie powiedzieć, co mam w nich zawrzeć. Tylko to jej "czekam na twoją propozycję". Potem coś tam o kalendarzu, o tym, że mam dzwonić do ludzi, wysyłać maile, bla, bla, bla. 

Nie wspomnę już o tym, że dobrze wiedziała, że przyszła klientka, ale ciągle gadała i gadała, gadała te swoje pierdolety. 

Pogadałam z nią, ale byłam już zestresowana i podkurwiona i straciłam cierpliwość, więc powiedziałam od razu o uchybieniach związanych ze złym adresem w jednej firmie. Oczywiście gadała jak to może być, dlaczego jest taki błąd itd. bla, bla, bla. I że mamy ustalić kto się zajmował tym wnioskiem i jak doszło do tego błędu. Ech... nie chciałam, ale trochę wsypałam G. choć nie powiedziałam o niej. Ale potem musiała się przyznać. Mam nadzieję, że nie ma mi tego za złe. 

W końcu skończyłam z nią rozmawiać. W sumie po tej rozmowie nawet mi trochę ulżyło. Ale zrozumiałam, jak bardzo mam ją teraz gdzieś. Czułam wtedy, że już nic mnie nie trzyma w tej firmie i że nawet nie chcę tam zostawać. 

Później rozmawiała jeszcze z dziewczynami, zaczęła wymyślać różne rzeczy, m.in. to, że już mamy nie jeździć do klientów po dokumenty, a już na pewno nie we dwie osoby, tylko jak coś to pojedynczo. No super, tylko co. Ja mam sobie jeździć autobusem albo chodzić na piechotę jak rozumiem? A może wcale mam nie wychodzić. Szkoda tylko, że jeszcze niedawno sama gadała, że jak jest coś ważnego do załatwienia, to powinnam się tym zająć osobiście. 

W każdym razie potem jakoś nam minęło. Obgadywałyśmy szefową bez krępacji już w biurze, mając gdzieś, czy ten podsłuch tam jest, czy nie.

Zostałyśmy w pracy dłużej, do 17:00. Przebrałyśmy się i poszłyśmy na dół na zajęcia z jogi. W sumie było fajnie, podobało mi się. Jestem totalnie nie porozciągana i w wielu pozycjach nie dawałam już rady, ale dobrze było się poruszać. Czułam się też po tym trochę zrelaksowana. Zajęcia te kosztowały 25 zł, ale myślę, że się opłacało. 

Wróciłam z G. Odwiozła mnie do domu, więc nie musiałam czekać na busa, a potem się nim cisnąć. W drodze rozmawiałyśmy o tym, co będzie jutro, jak się zachowamy. Dała mi sporo do myślenia. 

W domu zaczęłam się zastanawiać nad tym, jakie warunki faktycznie chciałabym mieć, jeśli szefowa zaproponowałabym mi pracę po stażu. No właśnie, jeśli mi ją zaproponuje. Jeśli nie, to jebać ją, to nie jedyna praca na świecie. Teraz wiem o wiele więcej niż wcześniej i myślę, że dam radę znaleźć nową. 

Jadłam właśnie ciastko, kiedy zadzwoniła A. Sporo mówiła o tym, żebym się ceniła i żebym była z nimi solidarna. Myślę, że będę. 

Jeśli chodzi o to, co wymyśliłam na ten moment, to to, że chcę umowę o pracę. Zadowoliłabym mnie nawet na rok. Krótszy okres nie i z całą pewnością nie zgodzę się na umowę zlecenie. A. mówiła, żebym się ceniła i znała swoją wartość. Myślę, by powiedzieć, że chciałabym zarabiać w widełkach 3K - 2 800 zł netto. Choć z drugiej strony wydaje mi się to sporo i jakoś tak nieosiągalnie. Ale jeśli teraz "zarabiam" 2 200, to na pełnym etacie chciałabym więcej. Za najniższą krajową bardziej opłaca mi się pracować w sklepie. 

Muszę pamiętać, by być stanowcza i nie dać się podejść, nie dać się wciągnąć w jej manipulacje. I przygotować się na to, że szefowa już spisała mnie na straty i wcale nie chce, żebym została. Wtedy musze odejść z godnością i pamiętać o tym, że to ma być na moją korzyść. 

Ech... no dobra. Pora iść się myć. Co ma być, to będzie, jutro się okaże. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

26.05.2021 - Dzień 91

01.06.2021 - Dzień 97

24.05.2021 - Dzień 89