29.11.2021 - Dzień 277

Poniedziałek

Postanowiłam sobie, że zadbam w tym tygodniu o wszystkie zaległe sprawy w pracy. Już jestem coraz bliżej osiągnięcia tego, choć nie jest łatwo. Bo a to nie mogę się doprosić, żeby ktoś przyjechał podpisać dokumenty, a to wciąż jakichś brakuje lub są źle podpisane. A to ludzie nie mają powypełnianych ankiet i  nie są chętni do ich wypełnienia. Ech... No nie jest łatwo. 

Dzisiaj dzień w pracy zaczął się pracowicie. Przyszłam i zabrałam się ostro do roboty. Szło mi nieźle. Oczywiście po drodze okazało się, że brakuje niektórych dokumentów czy ankiet. Ale i tak zrobiłam dużo. 

Wkurzyła mnie jedna babka, bo powiedziała, że czemu ciągle do niej dzwonię, że ciągle jakieś dokumenty musi podpisywać. Cóż... wcale nie musi, tylko niech później mi nie narzeka, czemu jeszcze nie ma zwrotu i tak długo to wszystko trwa. Głupia krowa. 

A. nie było w pracy i nie będzie chyba do 18.11. Okazało się, że wyszedł jej pozytywny wynik covid. 

Ale najlepsze było później. Oczywiście, nie lubię, kiedy szefowa przychodzi do biura, chyba że przychodzi daje lub bierze dokumenty i sobie idzie. Wtedy pracuje się zdecydowanie najlepiej. M. myśli tak samo i już zdążyłyśmy to ustalić. No, ale co się stało. Szefowa przyszła. Coś tam się zadziało z wnioskiem, coś było nie do końca tak jak powinno. I wtedy zaczęła się wydzierać. Normalnie, darła się na nas, zwłaszcza na G. Z tym, że G. nie do końca wiedziała o co chodzi, bo ona się tym wnioskiem nie zajmowała. Krzyczała i krzyczała, mnie też się dostało rykoszetem, chociaż nie tak bardzo. W końcu G. też się na nią wydarła, bo już się nie dała. W końcu G. z szefową wyszły i nie było ich chyba z pół godziny. 

Zestresowałam się straszni, bo nie lubię jak ktoś tak krzyczy. Oczywiście nie mogłam się skupić i cała się trzęsłam. Tak już mam, tak reaguję. Bałam się, że zacznie się wydzierać też na mnie, a nie byłam na to gotowa. No ale po tym jak z G. wyszły i długo ich nie było, wróciła już spokojniejsza. 

Co tu dużo mówić, no pojebana jest. 

Jakoś ten dzień minął. Jak wyszłam z biura, padał śnieg i było zimno. A jutro ma być chyba jeszcze zimniej, więc muszę się ubrać cieplej. 

Tata zabrał dziś Sarę do weterynarza. Wczoraj czułą się gorzej i dzisiaj podobno jeszcze gorzej niż wczoraj. Była taka osowiała, ciężko jej się chodziło i z trudem się podnosiła, tak jakby kaszlała i z pyska leciała jej ślina. Mama mówiła, że dziś już w ogóle zachowywała się dziwnie i nie miała apetytu. Dlatego pojechała do weterynarza. Tam dał jej kroplówkę, chyba z jakimiś lekami. Zbadał jej, zrobił też badania krwi. Niby wyniki nie ma złe. Okazało się, że ma zapalenie migdałków. Ale nie powiedział podobno nic na temat tego, dlaczego ma takie problemy z chodzeniem, Dał tylko pół tabletki, żeby wzięła jutro. No i cały czas ma wenflon w łapce. Biedna piesia. Boję się o nią i chciałabym, żeby poczuła się lepiej. Jutro ma iść na wizytę kontrolną, pewnie zdejmie jej też ten wenflon. Na razie leży sobie na dywaniku, na podgrzewanych płytkach. Nie wstaje, jak mama wyszła z nią na dwór, to też się nie załatwiła, ani nie wysiusiała. Ale mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Biedny pieseczek. A już ostatnio wyglądało na to, że czuje się lepiej. 

Zadzwoniłam do barta i złożyłam mu życzenia, bo dzisiaj są jego urodziny. Pogadaliśmy chwilę, ale nie za długo, bo on był zmęczony po pracy, a mnie chciało się jeść. I tak to jest. 

G. też do mnie zadzwoniła wieczorem. Pogadałyśmy sobie o głupiej szefowej i wygadałyśmy się, także fajnie. Tak jakoś od razu lepiej jak można z kimś pogadać. 

Nie spałam dzisiaj po południu, a to osiągnięcie warte odnotowania!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

26.05.2021 - Dzień 91

01.06.2021 - Dzień 97

24.05.2021 - Dzień 89