02.02.2022 - Dzień 342
Środa
Rano obudziłam się i poszłam do ośrodka się zarejestrować. Udało się, choć nie poszło do końca po mojej myśli. Miałam nadzieję, że jakiś lekarz przyjmie mnie wcześniej. A tak miałam wizytę dopiero o 11:00, więc musiałam wrócić do domu. A to było mi nie na rękę, po pierwsze, bo i tak już nie miałam siły i bałam się, że nie zbiorę jej później żeby tam pójść, a po drugie, na chodniku nasypało tyle śniegu, że wróciłam do domu cała spocona przez to przedzieranie się przez niego. Masakra.
No ale ok, jakoś dotarłam do domu. Odpoczęłam, oglądałam Westworld. Później zebrałam się i poszłam do ośrodka znowu. Na chodniku już nie było tyle śniegu, poro stopniało, za to było błoto i woda, przez co przemoczyłam całe buty.
Moja wizyta odbywała się w izolatce, czyli w przerobionym wc dla niepełnosprawnych tuż przy wejściu do ośrodka. Chociaż "przerobienie" to za dużo powiedziane, po prostu zastawili kibel parawanami. Oczywiście na lekarza musiałam poczekać.
Zjawił się łaskawie po jakimś czasie. Zapytał co mi jest, posłuchał stetoskopem, zmierzył saturację krwi pulsoksymetrem. A, jeszcze zajrzał mi do gardła. Stwierdził, że jemu to wygląda na covid i że da mi skierowanie na test.
Poszedł se, a ja nie wiedziałam, czy mam się ubierać i pójść, czy co. No ale ubrałam się i on znowu przyszedł. Kazał mi napisać na kartce numer telefonu i pesel. Mówił coś o lekach, ale mówił niewyraźnie, a mnie przytkało przez katar ucho i nie słyszałam co on tam gada. Poprosiłam o zwolnienie za wczoraj, ale cham nie chciał mi go dać, bo mówił, że nie wie co wczoraj robiłam. Chujek.
Poszedł znowu, a ja zaczęłam pisać na kartce moje dane. Z peselem poszło gładko, ale nagle z głowy wyleciał mi mój numer telefonu. Czarna plama, nie mogłam sobie skojarzyć. Wyciągnęłam więc telefon, sprawdziłam i spisałam z niego. Ten chujek lekarz wrócił, zabrał tę kartkę i znów se poszedł. A ja nei wiedziałam, czy teraz to już na pewno wszystko. Jeszcze spytałam, czy by jednak nie mógł mi tego zwolnienia wypisać, ale to chujek, jak już ustaliliśmy i nie chciał.
Wyszłam do przedsionka. Stałą tam dwójka ludzi. Postałam trochę z nimi, ponarzekałam na tego konowała i w końcu stwierdziłam, że idę, a jak coś to ma mój numer.
Jedno jest pewne - więcej do niego nie pójdę. Kutas.
Wróciłam do domu, przebrała się. Czekałam czy coś w związku ze skierowaniem mi przyjdzie. Rozmawiałam też z tatą. W końcu przyszedł mi sms, że mam skierowanie na dzisiaj na 14:10 na Alei Legionów 3/7 i link, żeby potwierdzić.
Zadzwoniłam do chłopaka i trochę zdziwiłam się, bo powiedział, że przyjedzie po mnie i mnie zawiezie. I tak też zrobił. Przyjechał po mnie i razem pojechaliśmy na ten test.
Test miałam robiony w namiocie. Chwilę poczekałam, bo przede mną była jedna babka. Kiedy nadeszła moja kolej, weszłam tam i zasunęłam za sobą suwak, tj. wejście. Tam zapytali o moje dane, kazali coś podpisać (podpisałam i nawet nie przeczytałam - zorientowałam się później). Potem babka pobrała mi próbki z gardła i obu dziurek w nosie. Dała kartkę, powiedziała, że wynik może być do 72h. I tyle. Poszłam sobie.
Mój chłopak odwiózł mnie do domu, po drodze jeszcze wstąpiliśmy do apteki. Później ja poszłam do domu żeby zjeść, a on odśnieżył podwórko.
Bardzo byłam mu wdzięczna, ale jednoczenie bardzo martwiłam się, żeby się nie zaraził. Nadal się o to martwię.
Napisałam na czacie na Messengrze, gdzie jest szefowa, żeby dać znać co i jak. Z dziewczynami i tak mam stały kontakt, ale im też napisałam.
Później leżałam sobie. Wieczorem obejrzałam Mortal Kombat. I jakoś tak minęło.
Nie czułam się dobrze i wciąż nie czuję. Najgorsze, że zaczął mi się katar i to on strasznie mnie męczy.
Komentarze
Prześlij komentarz