17.02.2022 - Dzień 357

Czwartek

Masakra. 

W pracy dzisiaj było okropnie i miałam już dosyć. Naprawdę dosyć. 

Zaczęło się normalnie. Rano pośmiałyśmy się, coś tam pogadałyśmy. Później A. i G. zaczęły narzekać na szefową. Pytały mnie czy jestem z nimi. Oczywiście, że jestem. Tylko, że nie rozumiem czego one ode mnie oczekują. 

Przyszła szefowa. Zaczęła mówić coś o jakimś kongresie, nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Później A. powiedziała, że jadą do klientów i szefowa zapytała o coś w stylu, dlaczego obie jadą. 

I wtedy A. się odpaliła. 

Zaczęła od tego a dlaczego nie mogą jechać, przecież tak jest szybciej, że by się to załatwiło od razu, i że nie rozumie. A potem już w ogóle zaczęła się wytrząsać na szefową, że to do niej zawsze ma pretensje, itd. itd. Mówiła jeszcze wiele, wiele rzeczy, ale to był już po prostu taki atak. Wyciągała wszystko i ją tym atakowała. Spierała się, że szefowa nie ma do niej szacunku. Później też mówiła o tym, że ona wcale nie musi tu pracować, że ona pracuje na szefową , więc powinna ją szanować, itd. 

A. i szefowa wyszły na chwilę z biura i gadały chyba w socjalnym, ale niedługo potem A. wróciła wkurzona, a nawet rozwścieczona, zaczęła zbierać rzeczy, mówić, że to już koniec. Później przyszła szefowa i kłótnia znów była kontynuowana. A. dochodziła się teraz, że ta zarzuciła jej chorobę psychiczną, że powiedziała, że ma manię prześladowczą i że jej nie szanuje. W ten sposób zaczęło się to od początku. 

G. siedziała w sumie cicho, tylko raz czy dwa się odezwała. Powiedziała o ostatniej sytuacji kiedy to szefowa zadzwoniła do niej już po pracy z pretensjami. Mówiła, że źle się z tym czuła w jaki sposób szefowa miała do niej pretensje. Szefowa natomiast zaprzeczyła, mówiła, to ona źle to odebrała. 

Mnie szefowa zadała pytanie, czy były kłótnie, kiedy A. była na zwolnieniu. Miałam pustkę w głowie i nie wiedziałam co odpowiedzieć. Czułam przede wszystkim, że to pytanie jest nie w porządku. Więc odpowiedziałam, że dobrze. Tylko że miałam taki mętlik w głowie, że nie pamiętałam początków, jak to szefowa faktycznie przyszła i się wydarła na nas. Naprawdę, nie pamiętałam. A. później mi to przypomniała. 

I tak to szło. 

Ja siedziałam cicho. Czułam się jak sparaliżowana. Cały czas miałam w głowie to, że wcześniej rozmawiałyśmy i że powiedziałam, że jestem z nimi, że postaram się w razie czego je poprzeć. Ale nie potrafiłam nic powiedzieć. Miałam taką pustkę w głowie, nie wiedziałam co dodać. Naprawdę nie wiedziałam nawet jak miałabym się odezwać, kiedy obie strony tak się atakują. Czułam, że atmosfera jest bardzo napięta, a mnie jakby udzieliły się te wszystkie emocje w pokoju. Aż drżałam z nerwów. Byłam przestraszona i na skraju. 

Później szefowa wyszła z G., bo ta powiedziała, że musi wyjść, a juto jej nie będzie. 

A. miała do mnie pretensje, że nie stanęłam po jej stronie i się nie odezwałam. Widziałam, że jest zła, że jest jej przykro. Mówiła, że tak jak zawsze to ona się postawił, a jej nie poparłyśmy. Że jest w tym sama. 

Ja czułam się roztrzęsiona, miałam ochotę płakać. Z nerwów i było mi również przykro, bo chciałabym ją w jakiś sposób poprzeć, pokazać, że jestem z nią, ale nie wiedziałam jak. Z drugiej strony nie podobało mi się to, jak to wyszło. 

Poza tym, choć A. miała dużo racji w tym co mówiła, bo mówiła prawdę, wybrała najgorszy sposób by to wyrazić. To nie byłą rozmowa, to była kłótnia. Atakowała szefową i ona musiała się bronić. To nie prowadziło donikąd. To nie mogło przynieść żądnego skutku oprócz tego, że po prostu wszystkie byśmy odeszły z pracy. 

Nie rozmawiałam już z nią. Nie chciałam jej mówić tego, co o tym myślę, bo byłą w nerwach. Bałam się, że rzuci się jeszcze na mnie. 

G. wyszła do domu, A. gdzieś wyszła. Zostałam w biurze sama z szefową. 

I szefowa zaczęła ze mną rozmawiać po jakimś czasie. Po tym, jak rozpaliła palo santo, a ja przestraszyłam się, że włączy się czujnik dymu. 

Mówiła o tym, że A. nie powinna się tak do niej zwracać, że jednak jest szefową i należy jej się szacunek. Powiedziałam jej, że to właśnie wygląda tak, że obie poczuły, że każda z nich nie okazuje drugiej stronie wystarczającego szacunku. Starałam się ostrożnie dobierać słowa, tak żeby nie atakować już szefowej, ale żeby pozostać lojalną wobec dziewczyn. Nie wiem czy mi to wyszło, bo w tej rozmowie wciąż byłam roztrzęsiona i ciężko mi było wyrazić to co chcę i znaleźć odpowiednie słowa. Zapytała mnie, czy uważam, że to w jaki sposób A. do niej mówiła, o tym jak atakowała ją tym, że odejdzie, że są inne prace itd. jest w porządku i musiałam stwierdzić, że nie. Mówiła, że jest zmęczona tymi kłótniami. Że może być tak, że zostaniemy tylko we dwie. 

Powiedziałam jej o procedurach, że z dziewczynami też uważamy, że dobrze byłoby żeby je wypisać i się ich trzymać, itd. A. wróciła i powiedziała, że to jej pomysł. Przytaknęłam jej. Nie mówiłam o tym wcześniej, bo sama mówiła, że nie chce, żeby wszystko było na nią. 

A. zabrała się i pojechała do klienta po podpisy.

Znów zostałam sam na sam z szefową. Znowu rozmawiałyśmy o tej sytuacji. Później ktoś zadzwonił i powiedziała, że jej brat jest w szpitalu. Zaczęła wydzwaniać do wszystkich. Okazało się, że to coś z sercem, ale jest już w domu. 

Mówiła, że faktycznie powiedziała tak do A., o tym z tą manią i że tak nie powinna mówić. Mówiła o tym, że w tej drugiej firmie pracownicy kłócą się między sobą, ale nigdy nie odnoszą się tak do niej czy do szefa. Że nigdy nie miała takiej sytuacji. Powiedziała do mnie, że możemy sobie tak gadać na nią między sobą, ale że nie powinnyśmy mówić jej takich rzeczy jak zostały powiedziane. Że pracownicy narzekają zazwyczaj na swojego szefa i to jest zdrowe, ale to pozostaje między nimi. Że nie można tak mówić, że lepiej się pracuje, jak szefa nie ma. Mówiła, że może właśnie dobrze by było, żeby miała oddzielny pokój jako szefowa, że przychodziłaby, robiła naradę, zlecała zadania i nie mieszała się bardziej. Że chciałaby spokoju. Że ostatnio nie ma ochoty przychodzić do pracy. 

Ja coś tam jej przytakiwałam, coś tam powiedziałam. Potem zapytała mnie o coś w stylu, czy nie radziłyśmy sobie bez A., czy że jak nam się pracowało jak A. była na zwolnieniu. 

Ja powiedziałam jej, że A. wykonuje wiele ważnych rzeczy, że ja nie potrafię robić tego, co ona i że jest wybuchowa i ma taki silny charakter, ale to właśnie jest potrzebne, bo dzięki niej rozwiązałyśmy już wiele sytuacji, problemów, które wynikły. I że ja nie dałabym rady tego zrobić, bo jestem zbyt ugodowa. 

Mówiła też coś, że obiecała mi, że nie będzie na mnie krzyczeć i że tego nie robi. To jej powiedziałam, że dobrze, że tego nie robi, bo na mnie krzyk działa demotywująco i wtedy popełniam więcej błędów. Powiedziała do mnie, że jestem dobrym człowiekiem. Nie wiedziałam jak na to zareagować. 

Rozmawiałyśmy znów o procedurach. Że dobrze byłoby je wszystkie spisać, cały proces odkąd mamy już klienta, po kolei. I żeby zapisywać też wszystkie bieżące decyzje. 

A, wróciła. Weszła jak burza, wciąż wkurzona. Rzuciła mi koszulkę z dokumentami na biurko i poczułam, że jest na mnie wściekła. Nie wiedziałam co robić, więc wzięłam się dalej za pracę. 

I tak jakoś mijał czas, raczej w ciszy. Chyba że było coś związanego z pracą. W ogóle mieli dziś do mnie przyjść klienci i dobrze, że nie przyszli. 

W pewnym momencie poszłam do łazienki. Wróciłam i A. z szefową znów rozłamywały. Siadłam sobie, a szefowa powiedziała, żebym się odwróciła i dołączyła. 

Tym razem A. chyba ochłonęła, bo już przynajmniej nie atakowały się nawzajem. Już nie pamiętam dokładnie co mówiły, ale w końcu powiedziały, że obie poniosły emocje i podały sobie ręce, przeprosiły się. Następnie mówiły o tym, jak to się zaczęło, że to pytanie o to, czemu razem jadą zdenerwowało dziewczyny. A. coś tam tłumaczyła. Mówiła, dlaczego jeżdżą we dwie, że G. nie czuje się dobrze za kierownicą w nieznanych miejscach, co ja też potwierdziłam. 

Dalej była rozmowa o wychodzeniu dziewczyn z biura, co mają mówić klientom. To szefowa zaczęła opowiadać co powinny powiedzieć, mówiła też coś o ubezpieczeniach. 

Chciałam coś powiedzieć i czułam, że muszę. Byłam już spokojniejsza, no i ta rozmowa teraz wyglądała inaczej. Po pierwsze, to byłą wreszcie rozmowa, a nie kłótnia na noże. 

Dlatego kiedy już chyba kończyły mówić, bo wcześniej nie udało mi się wtrącić, powiedziałam, że tez chciałabym powiedzieć coś. I powiedziałam mniej więcej jak to wyglądało z mojej perspektywy. Powiedziałam, że dziewczyny są bardzo ambitne, że bardzo zależy im na tych wnioskach, bo jednak wkładają w to dużo czasu, a ostatnio były takie problemy z nimi, więc jeszcze bardziej się zaangażowały. I że kiedy dostały ocenę pozytywną, to chciały jak najszybciej to załatwić, doprowadzić do końca, podpisać dokumenty. Przez to, że było z tymi wnioskami tyle problemów narosła w nich frustracja i to pytanie o to, czemu jadą, było takim czynnikiem zapalnym. Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale A. znów się odezwała. 

Później powiedziałam jeszcze o tym, że jeśli są jakieś problemy, kłopoty, że to dla nikogo nie jest komfortowe, nikt nie chce problemów, bo staramy się jak najlepiej robić to co robimy. I żeby podchodzić do takich sytuacji na chłodno, bez emocji. Żeby nie reagować emocjonalnie. Starać się rozwiązać problem, a dopiero później analizować jak do niego doszło, ewentualnie kto zawinił, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość. 

Nie pamiętam czy jeszcze coś było mówione. 

Ale w pracy pozostało raczej cicho do końca. 

Pod koniec wyszłam do łazienki, a kiedy wróciłam, A. już nie było. Ja również poszłam już na busa.

W domu zjadłam, chwilę próbowałam oglądać coś, co mnie odstresuje, ale nie bardzo mi się to udawało, dlatego zmyłam makijaż, umyłam zęby i poszłam spać. Budziłam się, leżałam, znowu spałam. W końcu koło północy wstałam i poczułam, że muszę to napisać. 

Teraz jest już prawie pierwsza. Idę się myć. Muszę się jeszcze szybko spakować. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

26.05.2021 - Dzień 91

01.06.2021 - Dzień 97

24.05.2021 - Dzień 89